wtorek, 19 czerwca 2012

Walter Ciszek


ks., ur. 4 XI 1904 w Shenandoah w Pensylwanii, wst. 7 IX 1928 w St. Andrews (NY), ks. 24 VI 1937 w Rzymie, zm. 8 XII 1984 w Bronx, NY
Jezuita amerykański polskiego pochodzenia. Syn Marcina i Marii z Bochledów. Studia teol. odbył w Russicum w Rzymie i przyjął święcenia kapłańskie w obrz. wschodnim. Od 1938 misjonarz Misji Wschodniej w Słonimiu i Albertynie. Podczas II wojny światowej w 1940 zgłosił się jako robotnik do pracy na Uralu. Aresztowany w 1941 pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Watykanu przebywał 5 lat w więzieniach NKWD w Permie, Łubiance i Butyrkach, a następnie 15 lat w obozach pracy na Syberii. Zwolniony w 1955 z obozu pracował jako robotnik i mechanik samochodowy, a równocześnie nielegalnie jako duszpasterz w Abakanie i Krasnojarsku.
W 1963 wymieniony za szpiega sowieckiego powrócił do Stanów Zjedn., gdzie rozwijał działalność duszpasterską i charytatywną. Swoje przeżycia opisał w książkach With God in Russia (Z Bogiem w Rosji. Wwa 1990) oraz He leadeth me (On mnie prowadzi. Wwa 1990). Zmarł w opinii świętości. Proces beatyfikacyjny w toku.
Arytkuł Henryka Dziadosza SJ
Walter Ciszek był synem polskich emigrantów, Marii i Marcina, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych w 1890 roku i osiedlili się w Shenandoach. Zanim wstąpił do jezuitów, był krnąbrnym chłopcem. Był skautem, a jednak przysparzał rodzicom wiele kłopotów. Mały tyran, przywódca bandy i uliczny zabijaka podejmował bójki umyślnie, tylko dla rozrywki. Był twardy, nie znał, co to słabość ani co to lęk. Zawsze chciał był pierwszy. Pewnego razu ojciec zabrał go na policję i nalegał, by skierowano go do zakładu poprawczego. Z czasem Walter zaczął poważniej rozmyślać o swoim życiu. Zapragnął zostać księdzem.
Wstąpił do seminarium i ćwiczył swą wolę. Codziennie trzy kwadranse robił gimnastykę, pościł o chlebie i wodzie, aby udowodnić, że może wszystko zrobić, kiedy tylko pragnie. Tam usłyszał o jezuitach i o św. Stanisławie Kostce, który pieszo przeszedł z Wiednia do Rzymu. Podobał mu się taki twardy święty, nie podobały mu się gipsowe figury przedstawiające go z mdląco słodkim spojrzeniem i z oczami zwróconymi ku niebu. Myślał, że jezuita to skaut. Pewnie dlatego wybrał ten zakon. W nowicjacie poruszył go list Piusa XI, wzywający wszystkich seminarzystów, a szczególnie jezuitów, do przyszłej pracy w Rosji. Już wtedy wiedział, że Rosja jest jego przeznaczeniem, że Bóg wybrał go na tę misję i że będzie tam w przyszłości. Zgłosił się na ochotnika, niecierpliwie czekając na odpowiedź Ojca Generała. Długo to trwało, zanim wysłano go na studia do Collegium Russicum w Rzymie.
Otrzymał święcenia kapłańskie, uczył się rytu wschodniego, a także języka rosyjskiego. Starannie przygotowywał się do wyjazdu. Bramy Kraju Rad były jednak zamknięte, więc Ojciec Generał Ledóchowski polecił mu pracować w parafii w Albertynie (obecna Białoruś) i być cierpliwym. Tam oczekiwał sposobności przedostania się do Związku Radzieckiego. 17 września 1939 roku znalazł się na upragnionej ziemi. Ten stan rzeczy pozwolił mu, aby z drugim jezuitą, po otrzymaniu błogosławieństwa metropolity Szeptyckiego, z podrobionym paszportem, pojechać na Ural do pracy przy wyrębie lasu. Pracował ciężko jako drwal i układał drzewa, a zapłata ledwie wystarczała mu na chleb. Nie było mowy o ewangelizacji, więc przodował w pracy jak „stachanowcy”. Oni dla komunizmu, on dla Królestwa Bożego. Po kryjomu w lesie lub w swoim baraku odprawiał Mszę świętą. Po roku został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Watykanu. Wiedziano o nim wszystko, że jest amerykańskim księdzem, jezuitą ze Lwowa, który studiował w Rzymie, że z polskim paszportem przedostał się do Rosji. Znano jego prawdziwe nazwisko.
Przeżył długie miesiące więzienia w Czusowoj i w Permie, a potem długie lata w Butyrkach i na Łubiance w Moskwie. Z celi więziennej uczynił celę zakonną. Odprawiał medytacje, recytował psalmy, w pamięci odprawiał Mszę św. oraz czyścił podłogę, jak za dobrych nowicjackich czasów. Zawsze był głodny i dużo myślał o jedzeniu. Przesłuchiwano go często, także w nocy, nie przy świetle księżyca. Chciano, aby podpisał oświadczenie, że jest szpiegiem Watykanu. On nigdy się na to nie godził. Przecież był skautem. był twardy. Pewnego razu stał się słaby i podpisał. Potem chlubił się ze swojej słabości. Dziękował Bogu, że zrzucił go z konia i że dał mu z nieba światło, które go oślepiło. Teraz stał się małym, bezbronnym człowiekiem, który już nie musi udawać silnego. Rozumiał dobrze Piotra i gorzkie jego łzy. Mógł za nim powtarzać: Ty wszystko wiesz, Panie.
Po pięciu latach przesłuchań na Łubiance dostał wyrok: piętnaście lat ciężkich robót. W drodze na Sybir, i nie tylko na tym szlaku, spotykał przestępców. Nie dziwił się. Wiele razy był bliski śmierci, ale ona była mu siostrą.
Umierał z głodu, z zimna, z wycieńczenia, nigdy jednak nie zwątpił w Bożą Opatrzność. Wierzył głęboko w sens takiego życia, które po ludzku wydaje się być piekłem. Nie musiał już nigdy polegać na sobie, wiedział bowiem, że jest tylko prochem, który wraca do ziemi, jak wracali wszyscy. Co Bogu się spodoba, może z nim uczynić; może go wtrącić do otchłani i zeń wyprowadzić. Nie musiał być pierwszym skautem świata ani Herkulesem, mógł być tylko sługą innych. Chrystus nie przyszedł po to, by Jemu służono, ale by swoje życie oddać za grzeszników. Spowiadał więc więźniów, mówił im o Chrystusie, który nawet jednego odszuka w Szeolu, kiedy ten się zagubi i nie znajdzie drogi. Spotkał wielu kapłanów: Łotyszów, Litwinów, Niemców i Polaków. Pomagali sobie wzajemnie.
Nad Norylskiem niebo było tego dnia błękitne, kiedy on opuszczał obóz nr 5. Nie to było jednak powodem jego cichej radości; ani nawet to, że po piętnastu latach odzyskiwał wolność. Jego serce przepełniała radość, że te wszystkie lata spędzone na Łubiance i potem w różnych łagrach Syberii były przepełnione wiernością Bogu, że na nieludzkiej ziemi, na przeklętej pustyni jest Bóg, że ziemia, po której stąpa, jest ziemią świętą. Zdejmował więc sandały i potem wiele razy w różnych parafiach, które zakładał w Norylsku, Krasnojarsku, Abakanie, powtarzał to samo umęczonym braciom, że ziemia jest święta, a tylko serce człowieka może się zabłąkać.
Był rok 1963. Zaprowadzili go do najlepszego hotelu Moskwy. Zapraszali na smaczne obiady. Prowadzili na wspaniałe spektakle do Teatru. Pozwalali zwiedzać zabytki i piękne Sobory. Mógł nawet zobaczyć wiecznego Lenina. Byli uprzejmi, ale nic nie mówili. W końcu zawieźli go na lotnisko. Wymienili za dwóch radzieckich szpiegów. On o niczym nie wiedział. Wsiadł do samolotu, nie wiedząc, dokąd leci; jak Abraham.
W Stanach czekała na niego rodzina; czekali bracia jezuici. Dziennikarze robili wywiady. On dużo opowiadał. Czy była to Ziemia Obiecana? Jego serce zostało gdzie indziej.
Artykuł, ukazał się w Posłańcu Serca Jezusowego we nr 9 2000
Zobacz też
  1. Z. Siemaszko, W sowieckim osaczeniu. Lo 1991 s. 109; NSpr 1992 nr 3 s. 19; S. Filipowicz, Ks. Walter C. Sybirak. Posł. Serca Jez. (Chicago) 1994 nr 1 s. 1-4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza